Ostrzeżenie – kolejny wpis z serii tych, w których narzekam…

Na początku sierpnia wybraliśmy się z szanowną małżonką, na kolejną skandynawską wycieczkę objazdową. Tym razem nie rowerem, a naszym microcamperem Seatem Inca. Szukając połączeń promowych wybór padł na prom firmy TT-Line, ze Świnoujścia do Trelleborga w Szwecji.

Dlaczego ze Świnoujścia do Trelleborga, a nie z Gdyni do Karlskrony ? Powód jest jeden i to bardzo prosty – koszty. Na terminal promowy w Gdyni mam 30 km, na terminal w Świnoujściu ponad 350. Mimo to, koszt był prawie trzykrotnie niższy niż liniami Stena Line. Najtańszy bilet w terminie, który nas interesował (auto + 2 osoby) w Stenie wynosił ponad 1200 zł, TT-line zabrało nas za 430 zł. Doliczając jakieś 100 zł na paliwo to i tak wybór był więcej niż oczywisty.

Trasę Świnoujście – Trelleborg prom pokonuje w ok 7,5 godziny. Płynęliśmy rejsem dziennym, aby nie trzeba było wykupować dodatkowo płatnej kabiny pasażerskiej. Promami najróżniejszych linii pływam na trasie z Polski i Niemiec do Szwecji w miarę często. Najczęściej Steną, ale też Unity Line, Polferries czy BornholmerFærgen.  Nigdy nie płynąłem jednak TT-Line. To był pierwszy mój rejs z tą firmą . Płynęliśmy statkiem Nils Dacke.

No i tu zmierzam do wyjaśnienia tytułu tego artykułu. Pływając różnymi liniami, przyzwyczaiłem się do tego, że na statku można coś zjeść, gdzieś posiedzieć, napić się dobrej kawy, ci którzy nie prowadzą auta po zejściu na ląd, mogą wypić też coś mocniejszego, można poszwędać się po sklepie wolnocłowym, kupując przy okazji coś w promocyjnych cenach. Czyli krótko mówiąc jakoś „zabić czas”. 7 godzin powolnego przemieszczania się z portu A do portu B, potrafi wynudzić, armatorzy zapewniają zatem jakieś tam rozrywki, serwują dobre jedzenie, przy okazji zarabiają na tym niemało. Ceny z reguły są wyższe niż na lądzie (w Polsce), ale każdy może znaleźć coś dla siebie.

Na takiej Stenie na ten przykład można kupić menu obiadowe czyli tzw „szwedzki stół”, gdzie można najeść się do syta wraz z napojami i piwem (!) za 42 złote polskie. Na promach Unity Line jest kilka restauracji od takich typu zapiekanka, po bardziej bardziej „ekskluzywne”. Dobry obiad zje się tam za 25 – 30 złotych polskich.

Przy okazji są bary, można napić się kawy, można połazić po sklepach wolnocłowych (szczególnie na promach Steny są ogromniaste), można nawet zagrać w Bingo 🙂

Tego się też spodziewałem na promie TT-Line.

Jakże srogo się zawiodłem! 🙂

Po wyjściu z portu w Świnoujściu, postaniu trochę na górnym pokładzie aby pooglądać sobie port Świnoujście, ruszyliśmy na poszukiwanie śniadania.

Okazało się, że już za późno…

Właśnie zamykano „restaurację”…  Piszę w cudzysłowie, bo przypomina toto bardziej przydrożny bar , z absolutnym brakiem wyboru czegokolwiek, za to w astronomicznych cenach.

Na dodatek czynne jest tylko przez godzinę po wyjściu i na godzinę przed wejściem do portu…

Żeby nie być gołosłownym, poniżej karta dań:

Po zamknięciu można było zakupić tylko i wyłącznie kanapki, oraz kawę/herbatę.

Kanapki, typu kromka chleba przekrojona na pół, zapakowana w plastik,  za uwaga – 5 euro sztuka. PIĘĆ EURO ZA KANAPKĘ!

Kawa natomiast była tańsza. Za lurę z automatu żądano sobie tylko 2 euro.

Pal licho jednak ceny, na promach zawsze jest drożej (choć te kanapki za 5 Euro, to totalne przegięcie, nawet na superszybkim, luksusowym promie BornholmerFærgen Eleonora Christina są tańsze, większe i przede wszystkim świeże – robione na miejscu), tylko dlaczego jedyny przybytek z jakimkolwiek jedzeniem jest czynny tak krótko ?

Jak ludzie się nudą to jedzą/kupują/ wydają pieniądze, toć można by z tego skorzystać, na tym zarobić. Nie rozumiem tego.

No ale to nie koniec tej historii. Poszliśmy szukać sklepu wolnocłowego, z nadzieją kupienia czegoś do picia i może czegoś do zjedzenia. Po obejściu wszystkich (trzech) dostępnych pokładów, wróciliśmy do punktu wyjścia i okazało się, że sklep mieliśmy cały czas przed oczami…

Sklep wolnocłowy, o powierzchni na tak zwane oko, jakichś 10 m kwadratowych znajduje się na tyłach owej nieczynnej już restauracji. Wybór jak się ożńa spodziwać po powierzchni jest nader skromny, ceny bardzo wysokie, a do tego na półce przeterminowane (!) słodycze. Obejście sklepu zajęło ok 3 minut. Tu także TT-Line nie chce zarabiać na pasażerach.

Nie muszę pisać, że nadal byliśmy głodni.

Jedynymi dodatkowymi rozrywkami na promie były dwa telewizory, przy których mogło usiąść w fotelach, łącznie 8 osób, oraz „jednoręcy bandyci” na których można było przegrać dowolną sumę w szwedzkiej walucie.

Po co o tym wszystkim piszę? Otóż gdybym o tym gdzieś wcześniej przeczytał, wiedziałbym, że na podróż z TT-Line trzeba zabrać sobie na pokład kanapki, termos z dobrą kawą i grubą książkę. Rejs zleciałby mi szybciej, nie byłbym głodny, nie wynudziłbym się jak mops i napiłbym się smacznej kawy zamiast brązowej wody za 2 euro.

Tak więc napisałem to po to, abyście wybierając się  w rejs promem TT-Line, który cenowo jest bezkonkurencyjny, zaopatrzyli się w to wszystko. Naprawdę warto.

Czuwaj!



Komentarze