Jesień w kalendarzu rozgaszcza się na dobre, a na horyzoncie widać zimę. Dla mnie, w tym roku skończyły się możliwości wyjazdów bliższych i dalszych moim microcamperem zbudowanym na Seacie Inca .

Przyszedł zatem czas na małe podsumowanie drugiego już sezonu wyjazdów Incą, opisanie tego co się sprawdziło, a co nie do końca i tego co trzeba unowocześnić, zmodernizować, zmienić w tym projekcie.

Tych, którzy są tu pierwszy raz zapraszam do poczytania o jakie auto się tutaj rozchodzi :), jak powstało, co ma w środku itp: KLIK

Tak więc po kolei.

Sezon wyjazdowy rozpocząłem w okolicach kwietnia. Było jeszcze zimno i brzydko (jak się później okazało, tak samo było przez całą wiosnę i lato ale to szczegół).

Musiałem jednak przetestować kilka usprawnień, izolację ścian itp. Było to kilka jedno – dwu dniowych wyjazdów „wokoło komina”. Najczęściej nad Wisłę, na Żuławy lub nad przepiękne rozlewisko Raduni.  Mamy takie dwie świetne „miejscówki”, gdzie spędzamy niemal każdy weekend. Kiedy nie jedziemy gdzieś dalej, a dajemy radę wyskrobać kilka godzin na odpoczynek, jakiegoś grilla, czy choćby napicie się dobrej kawy – nie ma lepszego miejsca.

W długi majowy weekend pojechaliśmy do Drezna i Szwajcarii Saksońskiej.

Spędziliśmy kilka dni w Dreźnie, zwiedzając to niesamowite niemieckie miasto.

Pojechaliśmy także w góry, do Bastei, które już kiedyś opisywałem na blogu.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy największy pomnik polskiego kiczu w Świebodzinie.

W czerwcu obraliśmy kierunek na wschód, na Podlasie, do Puszczy Białowieskiej

Byliśmy w rezerwacie ścisłym, w rezerwacie pokazowym żubrów. Byliśmy w obozie Obrońców Puszczy, walczących z największym szkodnikiem lasów – towarzyszem Szyszką. Byliśmy w miejscach gdzie wyrąbywany jest masowo, nielegalnie najstarszy europejski las.

Na śniadanie odwiedził na lis, na kolację chciały nas zeżreć komary.

Na parkingu pod rezerwatem żubrów, wycieczka Japończyków po kolei zaglądała do naszego camperka nie mogąc się nadziwić jak wiele jest tam miejsca 🙂 Z ich gabarytami to auto wręcz na rodzinne wyjazdy.

Spaliśmy głownie na dziko, raz skorzystaliśmy z kempingu – opisywałem to też tutaj.

Kiedy zepsuła się pogoda, pojechaliśmy na północ, zobaczyć meczet w Kruszynianach, mosty w Stańczykach, stanąć jedną nogą na Litwie, drugą w Rosji a trzecią 🙂 w Polsce na Trójstyku granic w Wisztyńcu.

W lipcu spędziłem kilka dni w Warszawie nocując na… parkingu P+R metra Młociny 🙂

Przyjazd zza wielkiej wody jego eminencji pana Donalda, wymusił na mnie służbowy pobyt w stolicy. Pierwszy raz nie musiałem wynajmować hotelu.

Zaparkowałem za darmo przy stacji metra, kilka kroków od parkingu była dostępna toaleta czynna całą dobę. Stołówka w kamperku. Dojazd do centrum w kilkanaście minut.

Gdyby nie tramwaje zjeżdżające się zewsząd o 5 nad ranem, złośliwie hałasujące i nie dające się wyspać 😉 , miejsce byłoby idealne.

Potem pojechałem pobić się z Krzyżakami pod Grunwaldem.

Spędziłem kilka dni w szczerym polu z pięknym widokiem na prawie niczym nie zakłóconą nicość… aż nie chciało się wracać….

Na przełomie lipca i sierpnia mój ulubiony kierunek – Skandynawia.

Wyjazd do Szwecji, Smygehuk, Ales Stenar, Ystad, Trelleborg, czyli południowe wybrzeże.

Następnie Wyspa Bornholm, wszerz i wzdłuż. Pierwszy raz samochodem, byłem tam już wielokrotnie ale zawsze rowerem.  Potem niemiecka Rugia i na deser najwspanialszy festiwal na świecie – Przystanek Woodstock.

Dalsza część sierpnia, to niestety spory remont mieszkania i brak czasu i możliwości podróżowania.

O wykonawców jest trudno, z portfela wyssało wszystkie monety, więc z musu bardzo stacjonarnie.

Jedyny wyjazd wiązał się niestety z moją pracą i tragedią wielu ludzi, czyli nawałnice na Pomorzu.

Spędziłem kilkanaście dni jeżdżąc po miejscowościach dotkniętych zniszczeniami.

Kamperek służył mi za mieszkanie i przede wszystkim mobilny wóz transmisyjny i biuro w jednym.

Kolejny wyjazd typowo rekreacyjny był dopiero na początku września.

Obraliśmy znowu wschodni kierunek i zawitaliśmy na Mazury, do Wilczego Szańca, Leśniewa i Rapy.

Zwiedziliśmy kwaterę Hitlera, zobaczyliśmy niedokończone hitlerowskie śluzy w Leśniewie, oraz tajemniczą piramidę w Rapie, tuż przy rosyjskiej granicy.  Niestety pogoda była pod psem. Lało strasznie cały czas. Błoto, zimno, wiatr. Brrrrrrr

Na koniec sezonu, pod koniec września, korzystając z wyjątkowo słonecznej i ciepłej pogody pojechaliśmy  do krainy Słowińców. Byliśmy w Smołdzińskim Lesie, na najpiękniejszej plaży nad polskim Bałtykiem.

Zwiedziliśmy puste o tej porze roku Rowy, senną ale słoneczną Ustkę, wdrapaliśmy się na świętą górę Kaszubów – Rowokół.

Na nocleg wylądowaliśmy na jak dotąd najpiękniej położonym polskim kempingu na jakim miałem okazję nocować. Ten kemping to SurfCamp nad samiutkim brzegiem jeziora Gardno. Napisze o nim niedługo więcej, bo to miejsce naprawdę godne odwiedzenia.

Oprócz tego Seat Inca camper jeździł niemal każdego weekendu bliżej i dalej.

Czasem z noclegiem, czasem tylko, ot tak wypad nad rzekę, jezioro, czy nad morze. Na kawę, na obiad w plenerze, do pracy (najczęściej), czy na kajaki. Ot różnie.

W sumie w tym sezonie przejechałem nim ok 12 tysięcy kilometrów. Niby niewiele, a jednak całkiem sporo.

Podczas wszystkich tych wyjazdów, auto spisywało się idealnie. Przeprowadzony rok temu kompletny remont silnika, od samego dołu po nową głowicę okazał się przeprowadzony wzorowo. Samochód jeździł żwawo, spalał niewiele paliwa, nie brał oleju.

Wszędzie wjechał i wszędzie dojechał. Zaskakująco dobrze radzi sobie poza utartymi szlakami. Dziurawe leśne drogi, mniejsze i większe wertepy nie są dla niego żadnym problemem.

Jedyne awarie jakie mnie „dopadły” były tak naprawdę kwestiami eksploatacyjnymi. I tak skończyły się opony i trzeba było zakupić nowe. Podczas wymiany okazało się, że felgi są mega krzywe i albo prostować (ok. 70 zł sztuka), albo kupić inne proste. Wybrałem drugą opcję i za 200 zł kupiłem całkiem fajne i proste alufelgi. Przy okazji kamperek zyskał od strony wizualnej.

Podczas jakichś większych ulew okazało się, że raz – gdzieś uszczelka na przednich drzwiach jest już nie taka jak powinna być i woda znalazła sobie drogę do środka campera, dwa cewka zapłonowa ma przebicie i jak jest mokro ma problemy z prawidłową pracą. Drugą awarię rozwiązałem dosyć błyskawicznie – zamówiłem nową cewkę, wymieniłem i problem zniknął. Z pierwszą walczę do dzisiaj. Kiedy już myślę że udało się wszystko opanować, i nic już nie cieknie przez tą uszczelkę, przychodzi październikowy huragan Ksawery i 3 dniowa zlewa…

Przecieki są na szczęście minimalne, coś tam kapie na wykładzinę pod nogi kierowcy, kiedy woda leje się wiadrami.

Padł mi też licznik. Przestał pokazywać prędkość z jaką się przemieszczałem. Zamiast wydawać pieniądze na skomplikowane naprawy, kupiłem inny za 30 zł na portalu aukcyjnym, wymieniłem i problem został rozwiązany.

Co trzeba zmodernizować, zmienić, co dodać, a co wypieprzyć ?

W zasadzie niewiele.

Najpoważniejszą modernizacją jaką trzeba by wykonać jest polepszenie wentylacji. W upalne noce (nie było ich zbyt wiele, może dwie lub trzy tego sezonu) było w aucie za duszno. Spaliśmy wtedy przy otwartych / uchylonych tylnych drzwiach i uchylonych przednich szybach. Było wtedy OK i można było komfortowo się wyspać. Gdybym jednak miał okno dachowe, lub choćby grzybek wentylacyjny, byłoby zdecydowanie lepiej i nie trzeba by spać przy otwartych drzwiach, co nie zawsze jest możliwe. W szczerym polu czy na polu kempingowym nie ma tym żadnego problemu, natomiast w centrum miasta na miejskim parkingu, już nie koniecznie.

Rozważam dwie opcje. Okno dachowe Fiamma o wymiarach 28×28 cm, lub dwa grzybki wentylacyjne. Pierwsza opcja wydaje się lepsza, jednak mam problem z wybraniem odpowiedniego miejsca na dachu, tak aby nie przeszkadzało ono w codziennym funkcjonowaniu w środku kamperka.

Wszystkie inne rozwiązania naszego Seata sprawdziły się w 110 %.

Instalacja 12V, oparta na 45 Ah akumulatorze była więcej niż wystarczająca dla naszych potrzeb. Oświetlenie, mała przetwornica aby podładować laptopa, ładowanie telefonów, tabletu, powerbanków, efajki i czego tam jeszcze, nigdy nie zdołało rozładować akumulatora poniżej 11V. Ładowanie poprzez brytyjski wynalazek z firmy Maypole tzw split charger w trakcie jazdy spisało się znakomicie.

Podczas postojów (a w zasadzie tylko noclegów) na kempingach przyłącze 230V, które zamontowałem przydało się do ogrzania się farelką w chłodne wczesnowiosenne i jesienne chłodne noce, oraz do wspomożenia 12V lodówki, która ma opcję podłączenia pod 230V.

Łóżko, materac, szafki i cała reszta rozwiązań także okazała się dobrze przemyślana i nie wymagająca usprawnień. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że da się spędzić w dwie osoby kilkanaście dni z rzędu na powierzchni 2 metrów kwadratowych i się nie pozabijać 🙂

No dobra i co dalej?

No właśnie. Kupno małego auta i przerobienie go na namiot na kółkach, bez inwestowania w to jakichś gigantycznych kwot, miało swój ukryty cel. Chciałem się dowiedzieć, przekonać na własnej skórze, czy ten sposób spędzania wolnego czasu nam, mi, się spodoba.  Do tej pory, brałem rower, namiot i jechałem przed siebie. Niestety pesel nie kłamie. Co raz bardziej nie chce mi się rozkładać i składać codziennie namiotu, co raz częściej coś tam łupie w kręgosłupie od spania na ziemi…

Kamperek okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę.  Dojedzie wszędzie, zaparkuje wszędzie. Znudzi się jazda, stajesz gdziekolwiek rozkładasz łózko i idziesz spać. Masz ochotę na kawę – parkujesz w jakimś pięknym miejscu, wyciągasz kuchenkę kawiarkę i po 5 minutach delektujesz się aromatyczną kawą w niesamowitych okolicznościach przyrody. Nie musisz rozbijać namiotu, szukać miejsca do spania, nie martwisz się deszczem i wiatrem.

Wolność i swoboda przemieszczania się tym samochodem jest niesamowita.

I tak – spodobało się nam to, spodobało się nam spędzanie czasu ten sposób. Z dala od zatłoczonych miejsc, z dala od hałasu i zgiełku wielkich miast, zatłoczonych wielkich kempingów.

Nie jest nawet problemem brak kibelka na pokładzie, choć nie ukrywam, że dałoby to jeszcze większą swobodę. W krajach zachodniej Europy, w Skandynawii nie mam z tym żadnego problemu. Wszędzie są dostępne parkingi z czystymi toaletami, bieżącą wodą. Nawet w najgłębszej głuszy infrastruktura turystyczna jest bardzo rozwinięta, a świadomość osób z niej korzystająca, także stoi na dużo wyższym poziomie niż w Polsce. Nie ma problemu z nocowaniem w pobliżu takiego przybytku i nie ma obaw, że będzie brudno. Prym oczywiście wiedzie Dania i Szwecja, ale i w Niemczech jest bardzo dobrze.

W Polsce trzeba się troszkę nakombinować, ale także przy odrobinie wprawy i doświadczenia w podróżowaniu, nie jest to problem. Są stacje benzynowe, niewielkie pola namiotowe, szlaki turystyczne z miejscami widokowymi w pobliżu których są toalety. Problemem jest niestety często czystość i stan takich toalet publicznych. Winni są oczywiście głownie ludzie z nich korzystający, ale też lokalne władze, właściciele obiektów, którzy nie dbają o to aby było czysto i zachęcająco do spędzenia w okolicy dłuższego czasu.

Po tych prawie dwóch latach od kiedy mamy naszego Seata mogę jednak powiedzieć jedno – to były najlepiej zainwestowane pieniądze ever!

Tylu wspaniałych wyjazdów, tylu odwiedzonych miejsc, tylu wspomnień nie mieliśmy do tej pory z żadnych innych wypraw dalszych i bliższych. Czy to samochodem z noclegiem w hotelu, czy to rowerem z noclegiem pod namiotem, czy samolotem w odległe zakątki globu.

Spodobało się to nam na tyle, że nadszedł czas na… oddanie naszego Seacika w inne ręce i kupno czegoś odrobinę większego.

Nadal nie będzie to żaden typowy duży kamper, bo takiego nie chcę. Co to będzie, o tym napisze kiedy indziej.

A teraz, jeśli ktoś byłby zainteresowany sprawdzonym autkiem, które daje wiele radości i przyjemności z podróżowania zapraszam do zapoznania się z ogłoszeniem:

https://www.olx.pl/oferta/camper-van-kamper-minicamper-kempingowy-seat-inca-CID5-IDq3KEH.html

Vadim



7 komentarzy

  1. Wooyek

    O kurczę, śledziłem ten projekt od samego początku i jestem w szoku, że właśnie się zakończył… Mam nadzieję, że kolejny będzie równie ciekawy 🙂 Obstawiam VW T4?

    Odpowiedz

Komentarze