Jakieś dwa tygodnie temu kupiłem sobie drona. Kupiłem DJI Mavic mini.

Najprostszą, najlżejszą, a przy okazji dziadowsko drogą zabawkę. Zabawkę wyposażoną w całkiem sprawnie działającą kamerę. I taki też był powód zakupu – kamera właśnie. Jako, że jedyne pieniądze jakie zarabiam pochodzą z produkcji obrazków nieruchomych i ruchomych, inna perspektywa zawsze się przyda.

Kamera Mavica mini na kolana nie rzuca, to raczej latający smartfon, ale zawsze lepiej takie zdęcie niż żadne, więc nie narzekam. Wręcz przeciwnie, uważam, że produkuje całkiem przyzwoite obrazki. No ale nie o tym.

Latałem tym sprzętem jak posrany, łapska się trzęsły, pot na czole, aby tylko nie rozbić, aby nie uciekł, aby komuś krzywdy nie zrobić jak na łeb spadnie.

Latałem nim w sumie jakieś dwa tygodnie, kilkanaście razy. Zawsze cholernie uważając, bo nie czułem się jeszcze pewnie. Dron po prawdzie lata niemal sam, łatwo się nim steruje, ma masę funkcji ułatwiających start, lądowanie etc.  Nie będę się o tym rozpisywał.

Wszystko szło gładko, aż do TEGO lotu.

Polatałem sobie wtedy kilkanaście minut po lasach Borów Tucholskich. Stałem na wielkiej polanie, parkingu leśnym. Miejsca od groma. Nie miałem zbytniego stresa nawet że w drzewo przyłożę. No i przyłożyłem w drzewo…

Na sam już koniec latania postanowiłem sobie sprawdzić jak fajne są tryby autonomiczne. Dron ma wbudowane takie różne tryby, które wykonują pewien zaprogramowany wcześniej ruch, nagrywając przy tym obiekt który się mu wskaże . Ogólnie to bardzo wygodne, zwłaszcza dla nie wprawionego “latacza” .

No i jak powiedziałem wybrałem taki tryb. Dron powinien powoli oddalić się ode mnie, jednocześnie wznosząc się w górę na wysokość ok 25 m i następnie wrócić.

No i może by i wrócił, ale po drodze nagle wyrosło drzewo. Takie 20 metrowe, duże stare drzewo. Nie było go jak startowałem, wyrosło nagle…

Źle oceniłem odległość, źle oceniłem wysokość drzewa, i dron na wstecznym pierdolnął w to drzewo aż huknęło. Następnie (na szczęście!) spadł na ziemię i się połamał. Dlaczego na szczęście ? Otóż przezornie wykupiłem sobie razem z dronem tzw. DJI care refresh. To coś w stylu ubezpieczenia, dodatkowej gwarancji. W jej ramach mogę dwukrotnie w ciągu roku zrobić to co zrobiłem,, albo np utopić drona w morzu etc. Byle ODZYSKAĆ WRAK! Jeśli mam wrak , odsyłam go do DJI dopłacam 40 ojro i dostaję nowy dron. Jeśli nie odzyskał bym wraku mógłbym się w dupę cmoknąć.

Uszkodzenia po spotkaniu z drzewem: tylna nóżka się wygła temu dronu o 180 stopni, troszkę połamanych plastików, no i zachromiał na przednią nóżkę. Tu niestety złamanie otwarte. Ogólnie połamał się srogo.

Jak to wszystko przebiegało, zobaczycie w poniższej etiudzie słowno-obrazkowej:

Dron jest aktualnie w drodze do Niemiec, zobaczymy jak przebiegnie ta cała wymiana. Będę na bieżąco informował.

Czuwaj i na drzewa uważaj!

Artykuł powstał we współpracy z moim prywatnym kontem bankowym, z którego środki zostały przekazane na zakup wyżej opisanego sprzętu.



Komentarze