Mniej więcej tej treści wiadomości i komentarze dostaję ostatnio od Was regularnie.

Dzisiaj więc rzecz o tym dlaczego teczwórka pojechała do nowego domu, a ja kupiłem sobie Opla Movano.

Jak już wiecie w styczniu sprzedałem moją T4-kę. Pojechała do nowego domu na Śląsk. Nowy właściciel, młody sympatyczny człowiek zresztą, mam nadzieję będzie miał z niej wiele pociechy. Moja szanowna małżonka, stwierdziła tylko, kiedy go zabrał i odjechał w siną dal, że „będzie w niej jarane”, i tego mojej karetce życzę 🙂 .

Za nowym autem rozglądałem się już od jakiegoś czasu. Powodów, dla których chciałem zmienić busa było kilka.

Przede wszystkim to, że spędzam w camperku coraz więcej czasu. Co za tym idzie, zaczęło mi doskwierać odrobinę niezbyt wielka „przestrzeń życiowa”.

Po przesiadce z Inki na T4, to były gigantyczne „salony”, ale jak wiadomo, w miarę jedzenia apetyt rośnie…

Tak na prawdę, gdybym miał w karetce pół metra więcej na długość i 20 cm na wysokość powodów do zmiany auta byłoby mniej.

Brakowało mi osobnego, małego pomieszczenia na kibelek. Coś ‚ala łazienka, niekoniecznie z prysznicem, ale jednak oddzielnego. Wyciąganie kibelka z pod łóżka, jeżdżenie z tym wszystkim w tę i z powrotem, wieczorne mycie się w misce wodą grzaną w czajniku itp. itd.

Nie zrozumcie mnie źle, to jest super, to jest folklor tego typu spędzania czasu i ja to uwielbiam! Ale kiedy praktycznie zaczynasz mieszkać w busie i spędzać w nim więcej czasu niż tylko weekend, czy kilka dni urlopu, to jednak zaczyna doskwierać.

Drugi powód objawił się późną jesienią w słowackich górach. Noc, mgła, podjazdy 15 – 20 % i 74 konie pod maską ( z których połowa już pewnie zdechła).

Droga na mapie wyglądała fajnie. Jechaliśmy z Węgier do Gdańska, późno wyjechaliśmy z Egeru, bo trzeba było jeszcze opędzlować zajebiste langosze z budy pod Tesco.  No i gógiel pokazał ładną, prostą trasę w kierunku Kaczystanu, przez Republikę Słowacji. Polecieli my, jak potem się okazało przez „Słowacki Raj” . Kto tam był, nie musze tłumaczyć jak wygadają podjazdy i zjazdy, Dodajcie noc, mgłę z widocznością na 10 metrów i 25 letnie auto, absolutnie bez mocy. Większość trasy na 1 i 2 biegu. Wtedy zapadła ostateczna decyzja…

Trzeci powód, to jest tlący się na horyzoncie plan wyjechania w tzw. pizdu, na czas bliżej nieokreślony. Plan jest na razie mglisty, ale jest. Na powierzchni karetki, ciężko byłoby go zrealizować.

Dlatego też, w styczniu, wystawiłem karetkę na oeliksie. Liczyłem, że trochę na nim powisi, a sprzedała się w tydzień…

Łezka się w oku zakręciła, bo było to auto , które miałem zrobione typowo pod swoje potrzeby, spędziliśmy w nim od cholery czasu i byliśmy w tylu zajebistych miejscach, że na prawdę żal było go sprzedać. Gdyby było mnie stać na trzymanie dwóch busów i miałbym pieniądze na kupno i zrobienie nowego, T4-ka miałaby dożywocie.

To auto nigdy nas nie zawiodło, zawsze wracało do punktu wyjścia i wjechało wszędzie (no raz się zakopałem na plaży wyciągając inne T4 z podczepioną łódką…).

Wszystko co się zepsuło, dało się naprawić szarą taśmą i trytkami. Jechało na wszystkim, co mu się wlało do baku, a przy tym paliło tylko 7-8 litrów tego co w zbiorniku było.

Jechało się, jak to określałem „dostojnie” – powoli i dokładnie 🙂 Karetka była głośna, była powolna, była brzydka, jak każda T4-ka, ale była ZAJEBISTA.

W tzw. międzyczasie oglądałem sporo różnych busów, które zastąpić by miały karetkę.

Założenia były w sumie proste – muszę się w nim swobodnie wyprostować i auto musi dłuższe niż karetka i jednocześnie mieć poniżej 6 metrów (zaraz wyjaśnię).

Ponadto jak najmniej elektroniki, no i musiało się zmieścić w dosyć ograniczonym budżecie.

Samochód musiał mieć poniżej 6 metrów z uwagi na promy do Szwecji. Do 6 metrów jest po prostu prawie 2 razy taniej, niż powyżej tej magicznej granicy.

TT-Line do Ystad czy Trelleborga, czyli najtańszy sposób na dostanie się tam,  kosztuje średnio 100 ojro, a jak masz 6 metrów i 1 centymetr już prawie 200 ojro. Różnica znacząca, a Szwecja jest naszym kierunkiem dosyć częstym, więc wicie – rozumicie.

Rozglądałem się za czymś z rodziny Fiat Ducato. Najbardziej to kwadratowe, i najszersze, co umożliwia zrobienie łóżka w poprzek.

Oglądałem ich sporo. Wszystkie w moim budżecie (ok 20 koła) były zgnite i dobite. Czy to peżot, czy cytryna, czy fiacior – bez różnicy. Te auta tyrają, z tego zdawałem sobie sprawę, ale że aż tak, to nie 🙂

Poza tym, karetka też łatwego życia nie miała, na szafie 500 tysięcy, drugie tyle pewnie w rzeczywistości, na karetce, pierw w Berlinie, potem u nas, a jednak, to auto, przy tych złomach których kilkanaście obejrzałem, wyglądało jak nowe.

Pewnego razu jednak rzucił mi się w oczy Opel Movano. Movano czyli brat bliźniak Renault Master. Te same silniki, to samo wszystko, oprócz znaczka na masce. Jest jeszcze do kompletu Nissan Interstar i na brexitowych wyspach Vauxhall Movano.  Obejrzałem milion jutiubowych, głownie brytyjskich przeróbek właśnie Vauxhalla Movano i stwierdziłem, że to może być to.

Przede wszystkim, wyszło na to że da się uzyskać ok 185 cm w poprzek łóżka. Tyle mi wystarczy.

Po drugie auto, które znaleźliśmy miało nieco ponad 200 tysięcy w pełni udokumentowanego przebiegu.

Po trzecie miało gigantyczną platformę na dachu (ona przeważyła).

Po czwarte było w całkiem przyzwoitym stanie technicznym.

Po piąte w końcu, mamy w Gdańsku świetny i zarazem „rozsądny cenowo” serwis Renówek.

Z karetką był ten problem, że to, czego nie byłem w stanie sam ogarnąć (a niemal się doktoryzowałem na naprawianiu usterek w T4), musiałem gdzieś zlecić. Warsztatów, serwisów, które chciały by się zająć starym T4 i przy okazji nie policzyć za to, jak za nowe VW T6 w ASO, w Gdańsku ciężko uświadczyć.

Jeździłem wtedy na rodzinną wieś, 200 km w jedną stronę i tam rodzimy kowal ogarniał „grubsze” rzeczy.

Serwis renówek, a więc i Movano, mam prawie pod nosem. Robią wszystko co z tego koncernu wyszło, robią uczciwie, robią za przystępną cenę i terminowo. Jeżdżę tam od wielu lat, z różnymi autami z pod znaku lewarka na masce, z Dacią i teraz z Oplem Movano i jestem bardzo zadowolony.

I tak, po niezbyt długim zastanawianiu się kupiliśmy Opla Movano.

Auto jest z 2005 roku, ma silnik 2.5 DTI 115 KM. Silnik jest ze zwykłą turbiną, nie ma EGR, nie ma DPF, nie ma przepływomierza. Nie ma zatem wielu często psujących się rzeczy 🙂

Nie spełnia też normy Euro4, wiec do wielu zachodnich, europejskich miast nie wjadę, ale mam to w dupie. Po pierwsze tam gdzie najczęściej jeżdżę (poza Szwecją oczywiście) normy nie obowiązują, a Grety i tak nikt nie rozumie. A po drugie jeśli już decyduję się odwiedzać duże miasto, i tak nigdy do niego nie wjeżdżam. Wolę zostawić busa na przedmieściach, na jakimś parkingu P+R i poruszać się komunikacją, rowerem albo wziąć hulajduszę.

Spełnia za to wszystkie moje założenia – jest 10 lat młodszy, ma żwawy silniczek, mogę się w nim swobodnie wyprostować, jest o 60 cm dłuższy, 20 szerszy i 30 wyższy niż karetka. Długość całkowita to 589 cm, czyli idealnie na prom 🙂

Tak wiec bus kupiony, siedzę w nim drugi miesiąc i buduję. Buduję tak jak zawsze chciałem, aby wyglądał mój kamperek. Będzie łazienka pełną gębą, z prysznicem i ciepłą wodą, spora część kuchenna, łóżko w poprzek w tylnej części i spory „garaż” pod nim.

Auto pozostanie ciężarowe, nie będę zmieniał na specjalny kempingowy. Pisowski rząd przekonał mnie do zamknięcia działalności gospodarczej po 12 latach, więc nie wystawię sobie już zaświadczenia, że przerobiłem auto zgodnie ze sztuką, a prosić też nie mam o to kogo, więc zostaje ciężarówka i zostaje ściana grodziowa.

Będzie na blogu trochę o zastosowanych rozwiązaniach. Tak więc, jeśli Was to interesuje, zapraszam do śledzenia.

Czuwaj!



2 komentarze

  1. Monika

    Ja zazdroszczę tego langosza na górnym zdjęciu. W Gdańsku nigdzie się nie zje dobrego… w Czardaszu bleeee…:)

    Odpowiedz
    • vadim

      To prawda w Gdańsku o dobrego langosza bardzo trudno.

      W czardaszu nie jadłem, to się nie wypowiem, natomiast zdarzają się całkiem smaczne podczas jarmarku dominikańskiego oraz świątecznych jarmarków na Targu Węglowym.
      Stoi tam zawsze takie małżeństwo Węgrów z budką z langoszami.

      Podają je co prawda w specyficzny sposób – zawijane na pół i włożone w papier,w dodatku czasem są niezbyt udane, zwłaszcza jak mają duży „przemiał’ ludzi, dają je też często z gównianym serem. Niemniej czasem jak im się uda (albo jak się pomylą 🙂 ) to są całkiem całkiem smaczne.

      Jest też przy kościele św Katarzyny na Rajskiej jakaś budka z langoszami, ale tam jeszcze nie próbowałem i nie wiem jak smakują. Tych miejscowych z Węgier na pewno nic nie pobije, ani smakiem, ani ceną ani przede wszystkim „klimatem” ale cały czas szukam 🙂

      Odpowiedz

Komentarze