Dzisiaj wracam do tematu ładowania telefonu komórkowego podczas jazdy rowerem. Dwukrotnie opisywałem już na blogu ładowarki rowerowe, wytwarzające prąd odpowiedni do naładowania smartfona za pośrednictwem dynama / prądnicy rowerowej.

Jedna z nich, to propozycja dla majsterkowiczów, do wykonania we własnym zakresie, jej opis znajdziecie tutaj: Zrób to sam – ładowarka rowerowa USB na dynamo

Druga, to produkt fabryczny, wytworzony przez firmę z za naszej zachodniej granicy. Opis tego urządzenia znajdziecie tutaj: Rowerowa elektrownia czyli ładowarka rowerowa USB + dynamo w piaście

Dzisiaj będzie o ładowarce o polskim rodowodzie, choć niezbyt polskiej nazwie. PowerBUG , bo o tym urządzeniu mowa, to ładowarka powstająca w małej, warszawskiej firmie.

Jej producenci na swojej stronie internetowej przybliżają historię powstania tego urządzenia. W skrócie – potrzeba matką wynalazku. Wszystko zaczęło się od niesamowitej wyprawy rowerowej z Siedlec do… Aten (tych w Grecji, nie na Mazurach 🙂 ) 14 krajów, 6000 kilometrów i potrzeba kontaktu z rodziną. Tak studenci Politechniki Warszawskiej zmajstrowali ładowarkę, która chrzest bojowy przeszła podczas wspomnianej wyprawy.

Potem założyli firmę, i rozpoczęli sprzedaż swojego urządzenia. Zaczęli też promować ładowarkę tu i tam… Słabo im ta promocja czasami wychodziła…  No dobra nie będę się pastwił… 🙂

W każdym razie, ładowarka trafiła do mnie na testy kilka tygodni temu i dzisiaj krótko o tym, jak się spisuje.

Zacznijmy od początku.

Co dostajemy po zakupie?

 

W modnym ostatnio, zwykłym szarym kartoniku znajdziemy ładowarkę PowerBUG, przewód USB – microUSB, pięć trytek do montażu urządzenia do ramy rowerowej,  dwa samoprzylepne „rzepy”, oraz instrukcję obsługi.

Jak zamontować ładowarkę?

Montaż jest banalnie prosty. Ładowarka wyposażona jest w przewód blisko 2 metrowej długości.

Wystarczy wpiąć się we wtyczkę przy dynamie dwoma kabelkami, poprowadzić przewód po widelcu i wybrać miejsce na ramie, najbardziej odpowiednie pod kątem wygody.

Następnie przy użyciu dołączonych trytek i rzepów zamocować przewody i samą ładowarkę.

Ładnie pokazano to na filmie promocyjnym producenta:

 

Jak to pracuje?

Do pomiarów ładowania użyłem uniwersalnego miernika ładowania z Chin, za dolar pięćdziesiąt, marki Keweisi. Dla jasności i uspokojenia wszelkiej maści badaczy – sprzętem tym dokonuję wszystkich innych pomiarów sprzętów prezentowanych na tym blogu i od razu zaznaczam, że pomiary były nieprecyzyjne, sprzęt pomiarowy amatorski i nie miały na celu laboratoryjnego zbadania sprawności ładowarki, a jedynie sprawdzenie czy sprzęt działa, czy ładuje i najzwyczajniej w świecie sprawdzenia, czy warto wydać na niego swoje ciężko zarobione pieniądze.

Wracając zatem do rzeczy. Zabrałem ładowarkę na niedługą, ok 30 km przejażdżkę, ze średnią prędkością ok. 18-20 km/h. Maksymalna prędkość jaką osiągnąłem to 35 km/h. Czas jaki mi to zajęło to ok 1,5 godziny.

Do ładowarki podłączyłem powerbanka, dlaczego powerbanka nie smartfona, napiszę kilka słów niżej.

Ładowarka zaczynała ładować przy prędkości ok 7 km/h, producent podaje start ładowania od 8 km/h. Maksymalny prąd jaki udało mi się uzyskać to ok 4,4 V i 0,55 A. Co ciekawe nieważne jak szybko bym nie jechał napięcie nigdy nie skoczyło wyżej niż te 4,4 V i nie spadło poniżej 3,8 V.  Przeważnie miernik pokazywał ok 4,1 V. Przy najniższej prędkości natężenie oscylowało w okolicach 0,15 A.

I tu wracam do tego, dlaczego powerbank a nie telefon. Najnowsze smartfony przy prądzie o mniejszym natężeniu w ogóle nie zaczynają ładować baterii, lub ładowanie trwa niemiłosiernie długo. Szkoda prądu i przede wszystkim siły naszych mięśni 🙂 Zdecydowanie lepiej, ekonomiczniej jest naładować w trakcie jazdy powerbanka i dopiero do niego podłączyć smartfona celem naładowania.

W każdym razie przez 1,5 godzin jazdy, ładowarka PowerBUG wpompowała w mojego powerbanaka ok 770 mAh. To niemal połowa pojemności standardowej baterii w smartfonie!

Uważam, to za wynik więcej niż zadowalający. Trzeba oczywiście pamiętać, że sprzęt pomiarowy jest niedokładny, doliczyć starty przy ładowaniu telefonu z powerbanka, jednak tak czy siak powinno to wystarczyć na podładowanie telefonu minimalnie o 25 -30%.

I przypominam, to tylko krótka, acz dosyć intensywna przejażdżka. Podczas konkretniejszej, kilku, kilkunastodniowej  wyprawy rowerowej – a wtedy tylko wyposażanie się w takie urządzenie ma większy sens – jedzie się znacznie dłużej, choć zapewne wolniej. Standardowy powerbank, o pojemności 2000 – 3000 mAh, w takich warunkach powinien bez problemu naładować się do pełna.

Jak PowerBUG wypada na tle konkurencji ?

Od kilku lat używam, wspomnianej na początku, ładowarki KEMO, mam więc dobre porównanie.

A więc tak:

Ładowarka PowerBUG jest mniejsza, przez co łatwiej ją umiejscowić gdzieś na ramie.

Instalacja PowerBUG jest łatwiejsza – nie trzeba rozkręcać obudowy i podłączać kabli, jedynie wpiąć się do dynama.

PowerBUG jest praktycznie od razu gotowa do pracy, po wyciągnięciu z pudełka. Do KEMO trzeba jeszcze dokupić i podłączyć przewody.

PowerBUG zaczyna ładować przy prędkości ok 7 km/h. KEMO dopiero przy ok 14 km/h.

Ładowarka PowerBUG jest w końcu tańsza. 69 zł z przesyłką vs. 119 zł + koszta wysyłki.

Wyszła laurka…

Żeby nie było więc zbyt cukierkowo, muszę się czegoś czepić 🙂

KEMO daje prąd bliski 5 V już niemal od samego dołu, czyli od najniższej prędkości przy jakiej zaczyna działać. Średnio jest to 4,8 / 4,9 V. PowerBUG tej wartości ani razu nie osiągnął.

KEMO ma diodę LED sygnalizującą prawidłową pracę ładowarki – tego mi brakuje w PowerBUG.

Summa summarum, ładowarka PowerBUG, to sprzęt jak najbardziej godny polecenia. Każdy, kto ma potrzebę ładowania telefonu na rowerze, z pewnością powinien rozważyć zakup takiego urządzenia

Ładowarka PowerBUG kosztuje jak już wspomniałem 69 złotych polskich za podstawowy, opisywany tutaj zestaw wraz z kosztami wysyłki. Kupić można ją bezpośrednio na stronie producenta: www.powerbug.pl

EDYTA (24.05.2017):

Na prośbę przedstawiciela firmy PowerBUG zamieszczam wyjaśnienie dotyczące podniesionych przeze mnie w tekście kwestii:

PowerBUG zawsze stara się dostarczyć jak najwięcej prądu przy założonych wymaganiach napięciowych. Dla Powerbanku, który ma baterię litowo-polimerową z napięciem nominalnym 3,7 V, wystarczy wygenerować napięcie ok. 4,1 V żeby akumulator się ładował. Wtedy napięcie jest niższe, ale prąd ładowania większy, czyli ostatecznie wydajność też większa. Dla pewności można przeprowadzić jeszcze jedno obliczenie na podstawie wyników z Pana testów: maksymalna moc ładowania wynosiła 4,4 V * 0,55 A = 2,42 W. Tyle mocy przesyłanej do powerbanku (a po drodze jest okablowanie, wtyczki, złącza które i tak zmniejszają sprawność) to bardzo dobry wynik z dynama które ma jedynie 3W nominalnie. Jeśli chodzi o ładowanie komórki, gdzie wymagane jest ok. 5 V, to PowerBUG podnosi napięcie do tej wymaganej wartości, żeby komórka mogła zacząć się ładować.

Kemo, podczas ładowania Powerbanku, daje wyższe napięcie kosztem mniejszego prądu ładowania co efektywnie sprawdza się do słabiej ładowanego Powerbanku przy tej samej szybkości.

Nie zamontowaliśmy diody sygnalizacyjnej na PowerBUG, bo to jest kolejny element który może się zepsuć, waży i jest kosztowny w montażu. Dodatkowo energia zamiast do urządzenia docelowego (które zwykle i tak informuje czy się ładuje) trafia przez chwilę do oczu obserwatora a przez 99% pozostałego czasu jest marnotrawiona.



7 komentarzy

  1. Rafał Ochocki

    W sumie to taki gadżet bardziej, niemniej jednak widać, że w kryzysowych sytuacjach może się przydać. Czego to ludzie nie wymyślą, fajnie, że tak się kombinuje 😀

    Odpowiedz
  2. Nowicjusz rowerowej elektrownii

    Vadim, możesz doradzić? „KEMO daje prąd bliski 5 V już niemal od samego dołu, czyli od najniższej prędkości przy jakiej zaczyna działać. Średnio jest to 4,8 / 4,9 V. PowerBUG tej wartości ani razu nie osiągnął.” -> czy jest to bardzo istotne? Który jest lepszy – cena nie gra roli. Chciałbym móc ładować dynamem przede wszystkim mojego powerbanka (Xiaomi) podczas podróży po Monoglii i Rosji. Ew również bezpośrednio podłączyć GalaxyS5. Zależy mi przede wszystkim na czasie ładowania.

    Odpowiedz
    • vadim

      Jeśli cena nie gra roli, to kupił bym obie.
      To na tyle małe urządzenia, że zdublowałbym sobie taki system, zwłaszcza podczas takiej długiej wyprawy (której szczerze zazdroszczę ! 🙂 )
      Prąd ładowania teoretycznie ma znaczenie. Im wyższe napięcie tym teoretycznie szybciej ładuje się taki powerbank. Ładowanie telefonu bezpośrednio darowałbym sobie, szkoda sił w nogach.
      Z doświadczenia – z ładowarką KEMO byłem już na kilku wyprawach (co roku Bornholm, północna Szwecja i wiele dalszych i bliższych po Polsce) nigdy mi prądu nie zabrakło, jednak KEMO zaczyna ładować przy wyższych prędkościach ok 13/15 km/h. W terenach mocno pagórkowatych, na podjazdach, w terenie nieutwardzonym z sakwami i całym dobytkiem na rowerze są odcinki nawet bardzo długie, gdzie takiej prędkości się nie osiąga.
      Wtedy powerbug okaże lepsze, bo choć mniejszym prądem ale jednak nadal ładuje powerbanka.

      Tak więc wziąłbym obie, podłączał wg potrzeb i terenu, a przy okazji w razie awarii miałbym backup.

      Pozdrawiam

      Vadim

      Odpowiedz
  3. Kuba

    Vadim jak możesz napisz, którą z tych dwóch ładowarek poleciłbyś na kilkudniowy wypad. Najbardziej mi chodzi oto, czy warto dopłacać drugie tyle do Kemo aby mieć 5 V. czy też Power Bug wystarczy do normalnego ładowania telefonu, bez włączonej nawigacji i innych wynalazków, ewentualnie ładowanie akumulatorów do aparatu (zwykłe paluszki AA).
    P.S. Co to za kierownicę posiadasz :)?

    Odpowiedz
    • vadim

      Przepraszam przegapiłem to pytanie…..

      Zacznę od końca – kierownica to wyrób „made in nie wiem co” kupiony na allegro za 40 złotych polskich 🙂

      Co do ładowarki to jak widać w komentarzu poniżej obecnie powerbug kosztuje tyle samo a chyba nawet ciut więcej niż KEMO.
      Do ładowania telefonu wystarczy i jedna i druga, acz jak pisałem wcześniej proponowałbym jednak ładować powerbank. Jest to moim zdaniem efektywniejsze.
      Nie chcę polecać jednego czy drugiego rozwiązania, bo oba spełniają swoją rolę.
      Kwestia gustu i i jak zawsze ceny.

      Pozdrawiam

      Vadim

      Odpowiedz
  4. Nowicjusz rowerowej elektrownii

    Vadim, mały update: już cena wywindowała o 100% do góry i można najtaniej go kupić za 139zł! Czyli tyle samo co niemiecki Kemo :/ chyba Twój artykuł ma jednak wielkie przełożenie na popyt 🙂

    Odpowiedz
    • vadim

      Ha! dobre 🙂

      I jak widzę przecena z 169 zł! gdy jeszcze kilka dni temu cena 69 zł była przeceną z 99 zł…

      No cóż, każdy prowadzi biznes po swojemu, nic mi do tego, ale wygląda to słabo.

      BTW chyba będę musiał zacząć pobierać od producentów prowizje od sprzedaży testowanego sprzętu 🙂

      Dzieki za czujność !

      Vadim

      Odpowiedz

Komentarze