UWAGA Ostrzeżenie! – W tym wpisie pokazuję zużyte buty, wrażliwe osoby proszę aby nie czytały w trakcie jedzenia i bezpośrednio po. Dziękuję.

W październiku 2014 roku zacząłem regularnie biegać. Z początku bardzo małe dystanse – kilometr, półtora, to był szczyt moich możliwości. Pierwszy przebiegnięty dystans to było 400 metrów, po których byłem bliski zawału.  Brak kondycji, prawie 20 lat jarania fajek i prawie 14o kg żywej wagi robiło swoje…

Po pewnym czasie waga trochę spadła, dystanse zwiększyły się najpierw do 2-3 kilometrów po 2 do 3 razy w tygodniu. Potem doszedłem, tudzież dobiegłem do 5 km, co było dla mnie takim osiągnięciem, jakbym pobiegł z Gdańska do Warszawy.

Obecnie, ponad 50 kg w dół od momentu startu, biegam co drugi dzień po 10 – 12 kilometrów, w zależności jak bardzo mi się nie chce, no i jaka jest pogoda za oknem. W weekendy dokładam do tego kilka kilometrów, aby wyszło ok 15 / 16 km.  Staram się biegać co drugi dzień, w każdej pogodzie. Oczywiście nie zawsze mi to wychodzi i nie zawsze się chce, ale robię wszystko, żeby się zmusić i zachować tą regularność.

W owym październiku 2014 roku poszedłem do Decathlona, kupić jakieś buty do biegania. Nie miałem żadnych butów sportowych, a w trampkach bieganie nie jest najlepszym pomysłem – próbowałem i pewnie by się też dało, ale stopy bolały. Decathlon mam po sąsiedzku, więc był to oczywisty kierunek aby zakupić buty.

Wybór padł oczywiście na najtańsze buty, jakie znalazłem w sklepie. Były to buty marki własnej Decatholona, czyli Kalenji model Ekiden 50. Kosztowało toto 60 złotych polskich bez grosza.

Po prawdzie, to były jedne z droższych butów jakie kiedykolwiek kupiłem. Nie przywiązuję żadnej wagi do garderoby i z reguły chodzę w trampkach z marketu za 25 złotych para. Są wygodne i tanie, a takie właśnie rzeczy preferuję.

Niemniej, wybuliłem tą pokaźną kwotę na owe buciory. Stało przy nich na ekspozycji, że są badajże przeznaczone do rekreacyjnego biegania na krótkich dystansach, do 10 km, raz w tygodniu. Wtedy wydawało mi się to tak bardzo nierealne, że można biegać co tydzień, i że można przebiec 10 km, że stwierdziłem iż buty te powinny mi wystarczyć na najbliższą pięciolatkę i jeszcze będzie zapas.

Buty mam już trzeci rok, przebiegłem w nich do dzisiaj w sumie ponad 1200 km i przebieg ich stale rośnie.

 

Katuję je regularnie. Aktualnie biegam po 10 – 12 km, trzy razy w tygodniu. Biegam w 99% po asfalcie i innej twardej nawierzchni. I powiem jedno – one są rewelacyjne! Są bardzo lekkie i bardzo wygodne. Najdłuższy dystans jaki w nich przebiegłem jednorazowo to 17,5 km, ponad 1,5 godziny biegania non stop. Nigdy nie bolały mnie stopy, nigdy nic sobie nie obtarłem.

Buty dalej trzymają się całkiem nieźle, choć zaczęły już się drzeć. Pękła okolica łączenia siatki nad palcami z podeszwą.

Zdarłem też już same podeszwy, choć jeszcze nie ma wielkiej tragedii.

Niemniej domagają już się pomału wymiany na nowe i muszę jakichś podobnych poszukać, bo tych niestety już nie produkują.

Nie wiem jakim cudem, ale producentowi udało się za 60 złotych zrobić buty, które na prawdę ciężko zajeździć, przy amatorskim bieganiu.

Po co to wszystko napisałem ?

Po pierwsze – chciałem pokazać, że nie wszystko co tanie, jest gówniane i nic nie warte.

Po drugie – idzie wiosna i zaczął się wysyp tekstów, artykułów wpisów na fejsbukach i forach dyskusyjnych o tym jak zacząć biegać, co kupić, żeby zacząć biegać. Jakie buty, z jakimi zajebistymi systemami, adaptacyjnymi wkładkami i innym gównem za koszmarne pieniądze trzeba kupić, żeby po bieganiu nie odpadły stopy i reszty życia nie kuśtykać na kikutach. Pojawiają się prośby o namiary na trenerów biegania, szkoły biegania, psychologów biegania i inne, kosztujące oczywiście koszmarne pieniądze kursy i szkolenia uczące jak stawiać stopy we właściwej kolejności.

Otóż drodzy moi. Powrócę do początku tego tekstu – ważyłem kiedyś 137 kilogramów, obecnie ważę 84. Jak łatwo policzyć „wybiegałem” 53.

Bez trenerów, bez kosmicznych butów, bez wypasionego stroju z włókien węglowych, bez szkół stawiania stóp tak, aby jedna noga zawsze była z tyłu.

Zacząłem mniej żreć, kupiłem najtańsze buty z Decathlonu, ubrałem zwykły szary dres, jedyny jaki miałem w domu, służący uprzednio do siedzenia z browarem przed telewizorem i ruszyłem dupę.

Jeśli zastanawiasz się jak zacząć biegać – spróbuj zrobić to co ja, zaoszczędzisz kupę kasy.

To działa.

I jeszcze jedno – biegania nigdy nie lubiłem i chyba nigdy nie polubię i za każdym razem zmuszam się, aby wyjść biegać. Nie kumam, jak ktoś mówi, że to jego „pasja”. Pasji to dostaję jak mam iść biegać, a za oknem leje, wieje albo wali śnieg. Niemniej, to najlepszy sposób żeby się porządnie skatować, to najlepszy sposób aby zgubić wielki kałdun taktyczny, to najlepszy sposób aby wyrobić sobie jakąkolwiek kondycję, to w końcu najlepszy sposób aby przedłużyć sobie życie…

BTW: Dla tropiących spisek korporacji – Decathlon nie sponsoruje tego wpisu, co więcej nie wyrazili chęci jakiejkolwiek współpracy ze mną.


7 komentarzy

  1. KasiaS_1980

    Gratuluję niesamowitego wyniku i życzę Ci, aby nowa waga się utrzymała. Doceniam też, że szczerze piszesz iż biegania nie lubisz i nie polubisz nigdy, że za każdym razem zmuszasz się do treningu – większość osób twierdzi, że im dłużej ćwiczy tym bardziej ćwiczenia kocha. A ja jestem takim typem jak Ty, ile bym nie ćwiczyła, zawsze jest to dla mnie mus. No i można trenować w butach za 60, a nie za 600 złotych 🙂

    Odpowiedz
    • vadim

      Pewnie niektórzy tak mają, że im więcej ćwiczą, trenują tym bardziej im się chce. Podobno tacy są, czytałem o nich w internecie 🙂 Na żywo, biegających, ich jeszcze nie spotkałem…
      Dziękuję za miłe słowo! 🙂

      Odpowiedz
  2. Filip Krukowski

    No to niezły wynik! Przymierzałem kiedyś te buty w Decathlonie, ale niestety nie były dla mnie zbyt wygodne, a dodatkowo ta cienka siateczka mnie denerwowała.

    Gratuluję wyniku i pozdrawiam!

    Odpowiedz
  3. Adam

    Gratuluję dużego osiągnięcia. Sam nie potrafię zrzucić kilku kilogramów, biegać absolutnie nie cierpię (nawet za uciekającym dwulatkiem), tym większe uznanie wzbudza Pana wyczyn w moich oczach.

    Ja osobiście nie lubię butów z Decathlonu (kupiłem 2 pary, w tym takie same jak Pan). Mają tam jakieś niedobre dla mnie rozmiary – tzn. 45 są dla mnie za ciasne, a 46 wyraźnie za długie. Co do ich wytrzymałości również nie mam najlepszego zdania, ale to chyba kwestia stopy. Niektórzy mogą nosić wszystko, a innym nie pasuje nawet 5 procent obuwia dostępnego w sklepach.

    Odpowiedz
    • vadim

      Dziękuje za miłe słowa 🙂 Pewnego dnia przyszedł moment że postanowiłem coś z sobą zrobić, i chyba się to udało…

      Co do butów – to jak widać każdy ma swoje upodobania. Wiadomo, że nie każdemu będzie pasowało to co pasuje innemu. Niemniej tekst ten bardziej miał pokazać, że nie trzeba wielkich inwestycji, drogich butów, szkoleń, kursów i trenerów osobistych aby po prostu wziąć się za siebie i zacząć coś robić. Tekst jest bardziej o szukaniu wymówek, niż o butach z Decathlona, choć on są motywem przewodnim spinającym to w całość 🙂

      Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!

      Vadim

      Odpowiedz
  4. Sajmon

    Piszesz, że zacząłeś biegać, ważąc prawie 140 kg. Co z kolonami? Słyszałem, że przy takiej masie bieganie nie jest wskazane ze względu n strawy.

    Odpowiedz
    • vadim

      Ja też o tym czytałem, ale dopiero jak już wybiegałem z 15 czy 20 kg 🙂 . Może i lepiej że dopiero wtedy bo pewnie nie zaczął bym biegać.
      Stawy mam całe, nic mnie nie boli. Używam i używałem profilaktycznie stabilizatorów na kolana – takich ciasnych elastycznych „skarpet” naciąganych na kolana. Nie wiem czy to pomogło, być może, a może nie.
      W każdym razie lepiej mi się biega w nich niż bez nich.
      Pozdrawiam

      Vadim

      Odpowiedz

Komentarze